Jak się zaciągać

0
138
dziewczyna pali

Raz na jakiś czas dopada mnie nostalgia. Związana jest ona zazwyczaj z dzieciństwem, czyli czymś co bezpowrotnie przeminęło i już nigdy nie będzie mi dane tego skosztować. A szczerze powiedziawszy, uważam, że mam co wspominać. Powie tak zapewne każdy z nas, jednak myślę, że w moim dzieciństwie było coś wyjątkowego. Chociażby z tego powodu, że mimo upływających lat, nadal pamiętam tak wiele szczegółów z lat młodości.

Niektóre sytuacje pamiętam tak dobrze, jakby miały miejsce wczoraj, a nie kilkanaście lat temu. Czy to nie zabawne? Paradoksem jest także to, że wiele momentów z czasów szkoły podstawowej pamiętam dziś dokładniej niż tych z czasów gdy zbliżałem się do dwudziestki. Dobrze pamiętam np. pierwszego papierosa w moim życiu. Mieliśmy wtedy z chłopakami po 12 lat i byliśmy świeżo po zakończeniu roku szkolnego w 6. klasie. Dziewczyny płakały z powodu nadchodzącego rozstania, jakby już wtedy wiedziały, że ich przyjaźnie nie będą w stanie przetrwać rozstania.

Po czym tu płakać? – zastanawialiśmy się. Przecież, jeśli tak bardzo zależy im na sobie nawzajem, mogły wybrać te same gimnazja. Nam towarzyszyła wtedy raczej radość, z powodu kolejnych wakacji. A tamte postanowiliśmy rozpocząć z przytupem – od palenia papierosów. Najśmieszniejsze jest to, że większość z nas nie wiedziała wtedy nawet jak się zaciągać. Jak to robić, wiedział jedynie Tomek – pomysłodawca palenia. Podbierał mamie papierosy z paczki. Nierzadko miał też swoją.

Pani w sklepie ufała mu gdy mówił jej, że to dla mamy. A, że mama paliła sporo, Tomek często mógł wykorzystywać ten trik w sklepie. Nasza przygoda z udawaniem, że palimy trwała około 2 tygodnie. Po tym czasie wyjechałem na obóz i do palenia już nie wróciłem. Przynajmniej nie przez najbliższe kilka lat, ale to już nieważne.

papieros

W ogóle czasy podstawówki wspominam bardzo pozytywnie. Abstrahując od tego, że miałem szczęście trafić do bardzo dobrej placówki, co nie zawsze było takie oczywiste, ponieważ każdy przypisany jest przecież automatycznie do szkoły powiązanej z rejonem, w którym mieszka.

Moja szkoła była super. Nauczyciele w porządku. Byli wymagający, lecz w granicach rozsądku. Trafiłem na świetnego wuefistę, który nauczył nas wszystkich jak grać w najważniejsze sporty zespołowe. Ze zgrai indywidualistów potrafił zrobić drużynę, która współpracowała ze sobą na boisku.

Stąd dobre wyniki w międzyszkolnych zawodach w piłkę ręczną i nożną. Tak…Szkoła podstawowa dziś zdecydowanie kojarzy mi się ze sportem. Spędzałem w niej zdecydowanie więcej czasu, niż reszta dzieciaków, bo byłem bardzo aktywny i chciałem brać udział w każdych zawodach.

Jak nie w szkole, to na osiedlu

Tak spędzałem czas w tamtych latach. Nikt z nas nie miał jeszcze wtedy telefonu komórkowego, a mimo to zawsze potrafiliśmy się odnaleźć. Gdy którykolwiek z nas usłyszał przez domofon, że danej osoby nie ma w domu, od razu wiedział gdzie się udać by zabić nudę. Boisko, park, plac zabaw. Wystarczyło poświęcić chwilę czasu na poszukiwania. Na osiedlu też nigdy nie było nudy. To były czasy, że gdy boisko było wolne to należało niezwłocznie korzystać z okazji.

W przeciwnym wypadku można było na nie czekać kolejne kilka godzić. Nieraz zdarzało się też, że starsi wchodzili na boisko w trakcie naszego meczu. Wykopywali piłkę z boiska i zaczynali swój mecz… Szczególnie w pamięci utkwił mi jeden moment, kiedy wykopnięta przez jednego ze starszych gości piłka eksplodowała w powietrzu. Na ziemi wylądowała już tylko pozostałość po niej, co zostało skwitowane naszym wielkim smutkiem i poczuciem niesprawiedliwości i zarazem śmiechem przejmujących boisko.

jak się zaciągać

Takie to były czasy. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że gdyby dziś miała miejsce taka sytuacja, sprawa skończyła by się na policji. Tak mijały mi te młodzieńcze lata… Później czasy gimnazjum, których nie wspominam już tak dobrze. Podszedłem do sprawy zbyt ambicjonalnie i wybrałem jedną z najlepszych szkół w mieście. Tam nauczyciele inaczej niż w podstawówce, wymagali od nas bardzo dużo – uważam, że nierzadko za dużo. Ale nie ma co się użalać, każdy jest bowiem kowalem swojego losu i odpowiada za własne czyny i podejmowane decyzje.

Wspomnienia z gimnazjum nadal są jednak w mojej głowie, nie czułem się tam jednak tak dobrze jak w poprzedniej placówce. Czasy liceum z kolei pamiętam jak przez mgłę, i to mimo tego, że szkołę średnią ukończyłem w zasadzie nie tak dawno temu. Od czasów matury, minęło raptem 8 lat. Ciekaw jestem na czym to polega…Czemu te niedawne wspomnienia z taką łatwością uciekły z mi z głowy, natomiast te odległe są w niej tak mocno zakorzenione? Czy ktoś zna odpowiedź, czy ktoś ma podobnie?

[Głosów:0    Średnia:0/5]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here